Skip to content

from the February 2017 issue: International Graphic Novels: Volume XI

February 2017
International Graphic Novels: Volume XI
from the February 2017 issue: International Graphic Novels: Volume XI

February 2017
International Graphic Novels: Volume XI
from the February 2017 issue: International Graphic Novels: Volume XI

Wykopaliska

Pamiętam kolory. Pamiętam faktury, wzory i kształty – coś pomiędzy wzrokiem a dotykiem. Jeden pasek gruby, dwa cienkie: tak w nieskończoność. Dywan? Kanapa? Wszystko dość szorstkie i chyba zielone. Wanienka też była zielona. Podłoga w łazience wielokolorowa, ale z przewagą zielonego. Dominujący kolor. Ciekawe, czy dominujący rzeczywiście, czy tylko we wspomnieniach.

        Wanienkę widziałem na kilkunastu fotografiach, ale wyłącznie czarno-białych, a ja wiem, że wanienka była zielona, więc muszę to pamiętać naprawdę. Pamiętam tylko to, czego nie ma na zdjęciach. Pamiętam kolory, właśnie dlatego że zdjęcia są czarno-białe i mi tych kolorów nie odebrały. Wszystko inne jest stracone, pokryte szumem, zamazane, zakłamane. Złogi po kolejnych renowacjach uniemożliwiają dokopanie się do oryginału. Dokumentacja zabija pamięć. Zapisz i zapomnij. Zrób zdjęcie.

        Już sama próba przypominania sobie czegokolwiek tworzy kolejną przesłonę, bo nawet jeśli zakończy się częściowym sukcesem, to praktycznie uniemożliwi sukcesy powtórne. Przypomnę sobie jakiś fragment, resztę dokleję, korzystając z domysłów, klisz, banałów, komunałów – wiedzy ogólnej. A przy kolejnym przypominaniu najżywiej będę pamiętał materiał najświeższy – czyli właśnie tę część skonfabulowaną. To, co teraz zmyślę, wyda mi się najżywsze, najbardziej przekonujące, prawdziwe. Nie tylko więc będę wspominał wspomnienie, a nie rzeczywiste przeżycie – czyli tłumaczył tłumaczenie, kopiował kopię, robił negatyw z negatywu – ale również z najgorliwszą lubością będę rozpamiętywał właśnie to, co nieprawdziwe, a tym samym odsuwał się od rzeczywistego wspomnienia. Jeżeli nawet jakaś mała część mojego odtworzenia będzie prawdziwa, to ten właśnie element nieuchronnie przegra darwinowską walkę ze zmyśleniem – ten właśnie zostanie najrychlej zapomniany.

Kiedy więc w popiele niepamięci rozpala się na moment jakaś iskierka, to nie wolno jej troskliwie okrywać, bo w ten sposób natychmiast się ją nieodwołalnie zadusi. Kiedy na końcu hipokampa pojawia się jakieś wspomnienie – i wydaje się, że jedna chwila skupienia wystarczy, by je wydobyć na powierzchnię – wtedy właśnie trzeba skupienia unikać. Być może jeszcze kiedyś wypłynie samo, w takiej czy innej całości – ale nie wolno nad nim pracować świadomie, bo każdy wysiłek umysłowy otwiera furtkę dla pokrywczych zmyśleń.

Ale wanienka była zielona z całą pewnością. Jemu kupiłem niebieską. Dywan też mamy niebieski. Już się tworzą przyszłe harmonie, niewiele różniące się od moich. Temat z drobnymi wariacjami, ale nadal w ramach tego samego systemu dur-moll. Chociaż on może wcale nie będzie pamiętał kolorów, bo zdjęcia już są kolorowe. Są zdjęcia, są filmy – czyli nic nie będzie pamiętał. Może jakieś zapachy? Smaki? Może ruch?

        Ja pamiętam, jak idę. Trzymam matkę za rękę i dokądś idziemy, ale dokąd? Czy to jest jedno wspomnienie, jakiś konkretny marsz, czy raczej niezliczone spacery zlane w pojedynczą platońską wędrówkę? Chodzić musieliśmy dużo, bo innych rozrywek wówczas raczej nie było. Chodzenie jest za darmo. Teraz też dużo chodzimy, to znaczy ja z nim. Zresztą tamte spacery z matką zaczęły mi się przypominać dopiero teraz, kiedy znowu chodzę – tylko tym razem na górze, po drugiej stronie ręki.

        Przez ponad dwadzieścia lat w ogóle nic z tamtego okresu nie pamiętałem i dopiero teraz coś zaczyna do mnie wracać. Najważniejsza jest pewnie powtarzalność dekoracji – jakiś park, zoo, plac zabaw, a nawet tramwaj lub autobus. Wtedy mi się przypomina: ja też tak szedłem, też tak jechałem. Szedłem z matką, tak jak teraz on idzie ze mną.

 

* * *

 

A tych placów zabaw nigdy nie lubiłem. Z każdym z najpopularniejszych placowych sprzętów wiąże mi się jakieś niemiłe wspomnienie. Huśtawką w zęby, karuzelą w tył głowy, jakiś upadek ze zjeżdżalni… Chyba tylko na drabinkach nie zrobiłem sobie nigdy żadnej krzywdy. Typowy jak na tamte czasy przebieg kariery życiowej. Twardy dizajn – wszyscy moi koledzy mieli na głowie jakieś blizny od murków, kantów i krawędzi. Ja żadnych blizn nie miałem, nawet po tamtej huśtawce. Matka potrafiła mnie jednak jakoś upilnować – to inna sprawa.

        Teraz te place są na innym poziomie. Wszystko drewniane, miękkie – podłoże piankowe. Ładne, nieodrapane kolory. Sama mechanika placu zabaw, jego filozofia, pozostaje jednak bez zmian. Generalnie dominuje powtarzalny ruch – kręcenie, huśtanie, bujanie. Celem fizjologicznym jest tu ostre podrażnienie błędnika. Nie mogą jeszcze pić wódy, a jakoś się muszą ogłupiać. Zahuśtać się do nieprzytomności, do zerzygania, do zapomnienia.

        On też niespecjalnie lubi te place – mimo miękkiej wyściółki, mimo kolorów podprogowo i atawistyczne łechcących wzgórze, podwzgórze i układ limbiczny. Placów nie lubi: lubi dinozaury. Można go wyciągnąć na taki plac tylko pod pretekstem powspinania się na brachiozaura na przykład.

        Dinozaury są ważne. To jest podstawowy element wyposażenia psychicznego każdego dziecka w wieku przedprzedszkolnym. Dinozaury są wytrychem pozwalającym wypuścić na wierzch wszystkie freudowskie demony, jednocześnie trzymając je na smyczy z mocnej liny konopnej. Straszne, ale i zabawne, agresywne, ale przyjazne. Groźne, ale niegroźne. Lepsze to od Jasia i Małgosi w piecu krematoryjnym.

        Dinozaury wyginęły. W ten sposób przerabia się śmierć (bo poza tym śmierci nigdzie nie widać; śmierć sama jest wymarłym dinozaurem). Miłość na pszczółkach, śmierć na dinozaurach. Dziadek zmarł – jak dinozaury – może trafił go meteoryt, a może nadeszła dla niego epoka zlodowaceń. Nie wiadomo: i to jest najlepsze. W sprawie śmierci nie ma wiedzy, muszą wystarczyć hipotezy.

        Za moich czasów nie było dinozaurów. Ciekawe, jak się z dziećmi przerabiało śmierć. Pewnie jednak na piecach.

 

* * *

 

  • Wszyscy jesteśmy dinozaurami – mówi. – Jesteśmy rodzinką dinozaurów.

  • Kim ty jesteś? – pytam.

  • Ja… Galimimem!

  • A ja?

  • O, dziękuję! A mama?

  • Mama… Stegozaurem.

  • Świetnie. Słuchaj, miśku…

  • Galimimie! – poprawia.

  • Tak, jasne. Słuchaj, galimimie, idziemy do parku, na plac zabaw?

  • Nie chcę do parku.

  • No chodź, może się powspinasz na ten duży zamek…

  • Na apatozaura!

  • Właśnie, na apatozaura. Albo na diplodoka.

  • Na co jeszcze mogą się wspinać galimimy? – pyta.

  • Może na brontozaura.

  • Brontozaur to inaczej apatozaur – mówi.

  • A brachiozaur to jest to samo?

  • Nie, to inny.

  • Ale też z długą szyją? – pytam.

  • Też. Można się wspinać?

  • Galimimy na pewno mogą.

  • Ale tyranozaury są za duże…

  • No ja nie planuję się wspinać – zapewniam. – To chodź, galimimie, powspinasz się na apatozaury, diplodoki i brachiozaury. Może dzisiaj znów spotkamy Zosię.

  • To nie jest Zosia, to jest triceratops.

  • Super, powiemy jej.

  • Ona wie. Triceratopsy wiedzą, że są triceratopsami.

  • A mama Zosi jakim jest dinozaurem?

  • A kim ona jest? – pytam ostrożnie.

  • Yyy… Pterodaktylem!

  • A pterodaktyle to nie dinozaury?

  • Nie, bo dinozaury nie latają, a pterodaktyl lata.

  • Latał – mówię.

     

    * * *

     

    Spinozy nie poczytasz. Triceratopsy wiedzą, że są triceratopsami – o, to jest prawie ze Spinozy. Musi wystarczyć. Nic nie poczytasz, nie obejrzysz, nie pójdziesz, nie porozmawiasz, nie skorzystasz. Na kilka lat przestajesz istnieć. Zresztą zwykle to ona przestaje istnieć, nie ty, i tylko w niezwykle rzadkich wypadkach (bo ona więcej zarabia, bo ona w ogóle coś zarabia) pada na ciebie.

            Lądujesz na bocznicy. Pod względem umysłowym osiadasz na mieliźnie higieniczno-toaletowej. Na pełny etat zajmujesz się nadzorowaniem czyjegoś układu pokarmowego – później jeszcze i innych układów, ale ten jeden zawsze przeważa – i powoli sam stajesz się układem pokarmowym. Co zje, gdzie wydali, co ja zjem, co ona zje. Proste przełożenie. Następny słoiczek prościej będzie od razu wrzucić do sedesu.

            Zaczynasz też pełnić funkcję termostatu. Czy nie za zimno, czy nie za ciepło? Zdjąć, założyć, odpiąć, zapiąć, rozwiązać, zawiązać – zapasowy komplet garderoby w plecaku. I nagle tobie też jest zawsze za zimno albo za ciepło, to ty nie potrafisz się ubrać, chociaż jeszcze dwa, trzy lata temu zawsze było w sam raz.

            Bez końca te dramatyczne wybory. Banan czy jogurt? Tenisówki czy sandałki? A na koniec dnia pytanie naczelne: co zrobić z tą wolnością, jak najlepiej zainwestować swój ograniczony przydział? Dwie, trzy godziny – i same alternatywy, żadnych koniunkcji. Poczytać albo obejrzeć, wyjść albo się wyspać, poćwiczyć albo zjeść. Albo porozmawiać – ale tego się nigdy nie wybiera, bo to jest strata troskliwie rozdzielanego czasu antenowego, aby obie osoby robiły naraz to samo. I stąd się to bierze, o to właśnie chodzi, wcale nie o seks, bo seks to się jeszcze czasem gdzieś wciśnie – ale żeby pogadać, zwłaszcza żebyś ty mówił, żebyś jej coś opowiedział, nie czując przy tym, jak jesteś żałosny – no to tego w domu nie masz. To masz koło piaskownicy.

            To tam jest twoje niepodzielne królestwo. Spełniło się twoje stare onanistyczne marzenie: jesteś jedynym mężczyzną w wieku produkcyjnym, który ocalał z katastrofy nuklearnej. Czasami trafi się jakiś dziadek, ale ojciec nigdy. Babć jest sporo, ale generalnie aż po horyzont rozciągają się całe stada matek. Zwykle się te matki grupują w jakieś gromady, ale są też takie, które siedzą same z boku, które nie są ani wystawcami, ani klientami na tej żałosnej giełdzie dobrych rad. One są zwykle trochę mniej zaniedbane i trochę bardziej sfrustrowane – one się na to wszystko jakoś nie w pełni zgadzają. Ty się przysiadasz, ty wrzucasz program „Ironia i dystans” – na co to nam przyszło – a reszta dzieje się w zasadzie sama. Następnego dnia ona nie jest już w dresie, a dzieci się bardzo zaprzyjaźniły, niech rozwijają zdolności społeczne.

            I nagle stwierdzasz, że wszystkie sfery życia masz kompletnie zwiędnięte, ale ta jedna kwitnie jak nigdy dotąd. Nagle znowu jesteś Casanovą stołówki studenckiej, nagle przekonujesz się, że dwulatek pozwolił ci zyskać powszechną odruchową sympatię. Bo dziecko służy mężczyźnie, zmiękcza wizerunek i zarazem go wyostrza. Stajesz się bardziej męski, a zarazem nieco bardziej przystępny. Dzikus familiarny, bestia udomowiona, testosteron w stylowej ampułce.

            Kobiecie z kolei dziecko nie służy ani trochę – taki to piaskownicowy paradoks. Jej wizerunek nie mięknie, ale całkiem rozmięka. One wszystkie całkiem się rozlatują, nagle wychodzi na wierzch całe życiowe niedopieszczenie, nagle są skłonne pobiec za tobą w zamian za byle ochłap. Teraz czują się wybitnie nieatrakcyjnie (choć w rzeczywistości są pewnie dokładnie tak samo nieatrakcyjne jak przed ciążą, jak przed naszą erą). No bo poziom jest, owszem, przeciętny, ale nieraz jednak przeciętny z plusem, a tobie to już zdecydowanie wystarcza, bo mimo fasadowych różnic wizerunkowych mechanizmy są takie same – ty też masz rozmaite rozstępy do pokazania, czy raczej do niepokazania.

            Królujesz więc tak sobie na placach zabaw od marca do października, a później impreza przenosi się pod dach i taką na przykład mamę Zosi (bo w tych kręgach zawsze jest się czyjąś mamą albo tatą, a prywatnych imion używa się o wiele później, jeśli w ogóle) poznajesz w damskiej toalecie, bo w męskiej nie ma przewijaków ani nakładek na sedes. Rzucasz jakiś żenujący tekst („panie przodem” na przykład, niby że do Zosi) i pożyczasz jej chusteczki nawilżane. Albo od niej pożyczasz – jeszcze lepszy efekt.

  • Zsynchronizujmy drzemki – mówisz kilka tygodni później, a ona się łatwo i bezproblemowo zgadza, bo seks stał się w międzyczasie jeszcze jedną czynnością toaletowo-higieniczną do sprawnego zorganizowania i przeprowadzenia (chusteczki nawilżane bardzo się przydają).

    Ona się zgadza (i faktycznie dręczy to swoje dziecko, przestawiając mu drzemkę), chociaż jeszcze dwa, trzy lata temu nigdy by się nie zgodziła. Nigdy by się nie zgodziła, gdyby nie miała dziecka, a przede wszystkim  gdybyś ty nie miał dziecka, bo w końcu jesteś obcym facetem z parku, ale teraz jesteś również tatą galimima, więc raczej jej nie zadźgasz nożem i przyjdziesz może bez kwiatów i bez wina, ale za to z chusteczkami. A ona jest mamą Zosi oraz w domyśle żoną taty Zosi, więc nie będzie do ciebie wydzwaniać po siedemnastej ani nie będzie chciała spędzać z tobą świąt. Ani mieć dzieci.

            Wszystko opiera się na równowadze, czyli jak mąż ją rzuci, to ty też ją natychmiast rzucasz. Prosimy nie płakać. Tyle twojego, wiecznie to nie potrwa. A dziecko też ma korzyść, bo przynajmniej czasem zobaczy jakiegoś mężczyznę przed siedemnastą. Trzeba mieć wzorce osobowe.

     

    * * *

     

  • Przestań – mówię. – Nie tutaj.

  • Spokojnie. Nie widzą, stoją tyłem.

    Kończy się sezon. Sierpniowe resztki. Od września do przedszkola. Zosia najwcześniej za rok, może za dwa lata. Współczuję wszystkim zainteresowanym.

  • A jak się odwrócą? – pytam.

  • No to rzeczywiście tragedia. Pomoże mamie wypełnić papiery rozwodowe.

  • Rozumie więcej niż myślisz.

  • Nawet gdyby zobaczył, to i tak nie zapamięta. Czytałam, że pierwsze wspomnienia ma się najwcześniej z czwartego, piątego roku życia.

  • No to może za dwadzieścia lat nie będzie tego pamiętał, ale za trzy godziny jednak będzie!

  • Co ty taki dzisiaj do niczego?

  • A czego się spodziewałaś? – pytam. – Mam cię tu oprzeć o huśtawkę i wydymać?

  • No, z tego, co sobie przypominam, raz prawie tak się to skończyło.

    Prawie tak było, faktycznie. Ale to była jednak inna epoka – wózki i drzemki. Zosia nadal ma drzemkę. Zdesynchronizowaliśmy się.

  • Gdzie on tam wlazł? – mówię.

  • Tyranozaurze! – krzyczy. – Zdejmij mnie!

    Podbiegam do niego, wyciągam ręce, ściągam go z tych drabinek – i wtedy mi się przypomina. Miesza mi się to trochę, nie wiem, co było wcześniej, a co później, nie wiem, co naprawdę sobie przypominam, a co jedynie doklejam.

    Mam ze trzy lata. Jestem na takich samych drabinkach – czyli jednak z drabinkami też wiąże mi się jakieś traumatyczne wspomnienie. Krzyczę coś. („Zdejmij mnie?” – to pewnie wstawiam teraz). Matka jest gdzieś daleko. Matka jest wściekła – ale czy już teraz, czy dopiero potem? Biegnie do mnie jakiś obcy mężczyzna. To z pewnością nie jest mój ojciec, bo ma wąsy. Ma wąsy i szeroki, nienaturalny uśmiech, wygląda jak George Harrison na okładce „Let it Be”.(Matka zawsze mówiła, że z całej czwórki George najbardziej przystojny). Wyciąga do mnie ręce. Przytula mnie? Głaszcze? Całuje? Matka odkleja się od tła i pędzi w naszą stronę. Jest wyraźnie wściekła – nie wiem, na mnie, czy na niego.

  • Synku, syneczku mój – mówi Harrison (prawie na pewno).

     

    * * *

     

  • Słuchaj, galimimie, nie musimy mówić stegozaurowi, że znowu spotkaliśmy triceratopsa i pterodaktyla, dobrze?

  • To będzie nasza mała tajemnica – mówię (dosłownie). – Zgoda?

  • Może jutro pójdziemy na jakiś inny plac, co?

  • Najlepiej po prostu o nich zapomnijmy.

February 2017
International Graphic Novels: Volume XI

from the February 2017 issue: International Graphic Novels: Volume XI

February 2017
International Graphic Novels: Volume XI

from the February 2017 issue: International Graphic Novels: Volume XI

February 2017
International Graphic Novels: Volume XI
from the February 2017 issue: International Graphic Novels: Volume XI

February 2017
International Graphic Novels: Volume XI

from the January 2017 issue: Bad Behavior

Reviewed by Juliet Grames

In 1770s Haiti, a mixed-race girl named Minette is discovered on the streets of Port-au-Prince by a white music teacher. Minette’s voice is exquisite, and after several years of clandestine lessons, Minette and her mentor take a risky gamble and trick the director of Port-au-Prince’s Comedie Theater into starring her in a production, despite social laws against people of color performing on stage. Minette, only fourteen, is a sensation, and as her power grows with her popularity, she begins to challenge racial conventions and knock down the doors of white society. Her path is not easy: she is continually exploited and not paid for her performances; she is banned from the post-opera celebratory balls by the same white patrons who just gave her standing ovations. She must fight tooth and nail for everything she desires and deserves.

The backdrop of the story of Minette’s meteoric rise to opera stardom is the “volcano” of the title: the escalating tensions of the brutal racial war that is about to explode. Just before Minette makes her debut, her mother, Jasmine, reveals the lash scars on her back and the brand burnt on her breast—the hallmarks of her past slavery, which she has kept hidden from her daughters. Minette is profoundly affected to learn the truth about her mother’s abuse and rape, and her own slave origins. She has been awoken to the injustice of the system she has taken for granted. She experiences a “painful” internal “revolt against so much absurdity,” and begins to involve herself with anti-slavery cells, risking her life to help her freedom-fighting friends. “The struggle was merciless,” Minette realizes.

At some point it was necessary to ignore one’s heart and one’s honor, to seize life with two hands and squeeze one’s fingers around it, like around the neck of an enemy one has vanquished. 

Every page, every plot circumstance, every character interaction seethes with righteous anger at the institution of slavery, at formalized racial hierarchies, at the injustices visited upon people of color for generations. It also depicts the widespread malaise and futility of systemic oppression, and the grim desperation of revolutionary spirit of the maroons—escaped slaves—and their allies: desperation, futility, and rage which “reduc[es] her to a mere machine in the service of destiny.” Change requires violence and sacrifice; it is a cause that must be worth dying for.

The novel was inspired by a historical anecdote about two young women of color, Minette and Lise, who crossed racial boundaries and performed at the Theatre Saint-Domingue in the years just before the Haitian revolution. In 1955, two years before Vieux-Chauvet published La Danse sur le Volcan, Haitian historian Jean Fouchard published a history of the Theatre Saint-Domingue in which he included their story; Vieux-Chauvet’s novelized version fleshes out Fouchard’s historical framework.

Dance on the Volcano, which was first published in France in 1957, was Marie Vieux-Chauvet’s second novel. The author is perhaps most famous for her 1968 novel trilogy, Love, Anger, Madness, a work whose uncompromising portrayal of Duvalier’s dictatorship led to her living under constant surveillance and made her fear for her life. In wake of its publication, she moved to New York City, where she died five years later at age 57. The revival of interest in her work is richly deserved, although the preservation of her legacy has been fraught. Archipelago Books performs a valuable service to English-language literature by publishing Kaiama L. Glover’s highly readable translation (a previous translation by Salvator Attanasio, now unavailable, was published by William Sloane in 1959).

The title is taken from the French idiom danser sur un volcan, an expression meaning to be blind to imminent danger. The novel is charged with invective against the system—a comment on the era about which it is written, pre-revolutionary Haiti, but also a product of the social and political climate of the author’s own era, on the eve of François “Papa Doc” Duvalier’s reign of terror. It is also a fascinating addition to the feminist literary canon, a novel about powerful, complex, and troubled female characters. It examines female sexual agency and speaks frankly of the realities of survival for women in a white patriarchy.

Most troublesome and troubling, of course, is the sexual point of contact between masters and slaves, the intrinsic and nearly universal sexual exploitation of the owned. It is slave rape that has created the mix-raced population and the entire color-based caste system of Haiti. From the book’s opening paragraphs, Vieux-Chauvet forcefully presents a culture in which sexual exploitation is a constant and ever-present fact of life, where pretenses at civilized high culture are undermined by an unfettered white patriarchy where the woman of color’s body as an object of extreme sexual desire or fixation for white men. The murky social laws surrounding slavery are another key concern of the plot. For example, Minette falls helplessly in love with a black slave-owner, despite her own political convictions. She cannot bear to see him abuse his slaves, although he insists to her it is right to do so, his manner of keeping control over the wealth she enjoys.

Dance on the Volcano is not a perfect novel, if such a thing exists; it suffers from some overwriting and its pacing is uneven, especially in the last third of the book, which races through critical moments of the burgeoning revolution. But Glover’s careful translation leaves the text feeling authentic and the mood is in keeping with the historical era that inspired it. It is a passionate, emphatic book that feels necessary and timely, despite the fact that it was written sixty years ago and depicts a historical epoch more than two centuries removed. It is worth celebrating that this important work of Haitian literature is now available for wider canonization. May this edition be a point of discovery of Vieux-Chauvet and her works for many readers.

from the January 2017 issue: Bad Behavior

Reviewed by David Varno

Of the many savage theories thrown around by the characters who enliven Pola Oloixarac’s transgressive novel of revolution, desire, and academia, one of the most devastating is delivered by the narrator:

The Spanish word for mirror, espejo, shares a root with the word species; the mirror shows each species for what it is, and lays bare the shoddy reasoning that has led each to think itself unique. 

The perversions of language is one of Oloixarac’s central themes, and this, along with the nuanced references to Argentina’s Dirty War and the country’s political history following Peronism, plus the characters’ tenuous interpretations of various philosophers expressed in murky academic syntax, must have made the book particularly challenging to translate. Roy Kesey succeeded in creating a text that is immersive, multilayered, sensual, and cerebral, and it captures Oloixarac’s wicked brand of humor, which often triggers bark-like laughs followed by pangs of guilt.

Throughout the book, Oloixarac presents scathing criticisms of the belief in one’s individuality, as performed or clung to in three main activities: online interaction, hooking up at parties, and psychoanalysis. As young academics and artists, her central characters vacillate between attempting to disprove the fiction of individuality and falling victim to it, due to an oversupply of both self-awareness and narcissism. These opposing drives toward self-erasure and the desire for recognition often trigger the action of the novel, and they yield a series of sexual adventures rendered with frank details that are variously thrilling and disturbing.

There is a nightclub bathroom scene with Kamtchowsky, involving a ketamine-induced paralysis and two men she names Beanie and Curls, of whom Kamtchowsky thinks, "They are like bears, and I am the honey.” There is an impromptu roadside tryst between a man named Andy and a transexual woman, during which Andy’s companion, Kamtchowsky’s boyfriend Pabst, unhappily masturbates while the other two have sex. Kamtchowsky and Pabst also share many orgies with Andy and his girlfriend Mara, a photographer whose work transforms the landscape of Buenos Aires, where they live, into a vision of post-apocalyptic destruction. Mara’s themes later come into play in a collaborative project conceived by Kamtchowsky, a filmmaker who explores the intersections between autobiography and her country’s revolutions while living a somewhat wilder life than the narrator, Rosa—an academic who spends much of her time at home with her pet fish Yorick and her cat Montaigne.

Savage Theories compels with its energetic, spleen-filled characters, and the seamless blend of desire and theorizing is contagious on both fronts, but the book is a difficult read. There are many digressions and red herrings. It takes time to get one’s bearings and identify the themes and action that are at work under the surface and eventually tie everything together. The effect is destabilizing, and prevents the reader from sharing a knowing smirk with Rosa when she lands a sharp linguistic barb. We are implicated along with everyone else, which I believe is Oloixarac’s intention, and the effect deepens the experience of her novel.

The book opens with a synopsis of an Orokavian rite of passage called the Cult of the Wolf, in which children are traumatized in order to confront their deepest fears. This is juxtaposed with a brief introduction of Kamtchowsky, followed by the life stories of her parents. The narrator emphasizes the role of psychology in Kamtchowsky's upbringing. When her parents met, her mother was studying the subject and psychoanalysis had entered the culture as "a sort of linguistic vanguard [that] had managed to insert [itself] into the moist cavities of the middle class." The reasons for presenting aboriginal initiation rituals and the history of modern psychoanalysis in Argentina are unclear until we understand the book's premise. At this point, we have no choice but to surrender to the next character introduction, a man of Kamtchowsky's parents' age named Augusto García Roxler, whose interest in pursuing a Theory of Egoic Transmissions is cause for another jump.

Roxler's theory originates with a Bolaño-esque anthropologist named Johan van Vliet, who performed a series of experiments on people in remote West Africa. Van Vliet’s disciples are reminiscent of the cult of Archimboldi from the first part of 2666, in terms of their devotion to an author who has disappeared from the world, although in this case we find them attempting to publish his work rather than uncover his hiding place. As the quest of the disciples mirrors the narrator’s own efforts to improve on García Roxler’s theory for her own glory and recognition, we begin to understand the significance of the backstory, as well as the anthropological passages.

Rosa is obsessed with García Roxler, and has become one of those people who take a professor’s class over and over and over again, though her crush is based on more than infatuation. She needs one of her university’s old, washed-up “pictures of Dorian Gray” to acknowledge her existence, and she believes she has something to contribute. We are fifty pages into the book before we first see her, arriving at an embassy reception to confront the professor. She is pulsing with purpose and “emotion has given a rosy tint to her cheeks.” The scene is rendered in a tone of satire, which Rosa overplays in order to contain her spiking self-consciousness, going so far as to liken herself to “a débutante from imperial Russia, [blinking] delicately at the…world her glaucous feet do not yet dare to enter.” 

The secret action of Savage Theories, hidden behind the antics of Rosa’s alter-ego Kamtchowsky, is her re-writing of García Roxler’s work, but the book is most engaging when Oloixarac crosses the line from Rosa's formal language of critical theory to the third-person dramatization of theorizing. Amidst the rich emotional interplay and battle scars racked up between lovers Kamtchowsky, Pabst, Mara, and Andy, theorizing is practiced to explore desire as well as to construct lines of defense. Near the end of the book, their collaboration culminates in a subversive plot that involves a video game modeled after the Dirty War and a cyber attack on Google Earth that appears in the form of political theatre and functions as art. Kamtchowsky’s story ends triumphantly, and her fearless rebellion seems to strengthen Rosa’s conviction in the importance of her own work. Kamtchowsky’s example is equally empowering to the reader, in a time when rebellion and personal freedom have become coopted to promote hate and apathy.

from the January 2017 issue: Bad Behavior

January 2017
Bad Behavior
from the January 2017 issue: Bad Behavior

Птица На Балконот

Младиот човек одеше вообичаено спокојно по калдрмата на Широк Сокак во Битола, надалеку прочуениот град низ Османлиската империја. Дојден од Солун, чувствуваше колку е поблиску до целта да ја оствари желбата за школување откако тука стана питомец на Воената академија. Во тој ист миг на балконот се појави убавата битолчанка Елени Каринте, првната во својата младост, со благ немир во душата што го остава сознанието дека искачена високо горе во воздухот, пред себе ја има глетката што е својственост само на птица, а не на човека што лази по земјата. Но човекот кој одеше по калдрмата го имаше небото во окото. Во небото ја бараше ѕвездата што ќе му го отвори патот низ иднината.

Птицата гледаше долу. Нејзината судбина е да го остава сокриено небото во распонот на сопствените крилја, а во окото да го има животот по земјата.

Остануваше целосно непознато што ќе се случи во следниот миг, иако беше толку кратко времето до мигот кој штотуку влегуваше во сегашноста.

Можеше никогаш ништо да не се случи ако девојката одлеташе со белите облачиња, кои предмалку ги постави во аголот на окото, губејќи ја нивната сенка. Или, ако човекот што лазеше по калдрмата го оставеше и погледот да лази, паднат пред него, за да ја одржува сигурноста на одот. Но, младиот човек штотуку ја подигна главата. Погледот го насочи во потрага по ѕвездата која веќе му шеташе низ мислата. Девојката, примајќи го здивот на ветрот што ја создаваше илузијата дека сепак е птица што лета по небото, го пушти погледот да легне на земјата.

Судбината се случи кога се сретнаа двата погледа. И кога небото и земјата ја изгубија границата на спојувањето. Тогаш и мислата се соедини, особина на тие што во обид да го скротат својот неспокој, го возбудуваат просторот со надојден предизвик.

Младиот човек се фати заробен во убавината. Девојката го остави небото и тивко слезе на земјата.

„Имам чувство дека ми се менува животот“, опоен од првата капка на љубовното вино искрено се исповеда Кемал пред убавата Елени Каринте. Девојката само топло се насмевна. Но блесокот во очите го дополни дијалогот на љубовта. Се открија дека гледаат еден во друг и дека тоа не можат да го сопрат. Тие веќе се познаваа доволно да бидат најблиски суштества на светот. Елегантна, и добро воспитана, девојката прифати на клавирот во својот салон да му отсвири нешто од тоа што ја научија француските учителки во Битола. Изборот беше песната „Брате Жак“ како прва нејзина пофалба од учителките. Звуците на клавирот занесно озвучуваа по стиховите:

Frère Jacques, frère Jacques,

Dormez-vous? Dormez-vous?

Sonnez les matines! Sonnez les matines!

Ding, dang, dong. Ding, dang, dong

а Кемал долго аплаудираше. Елени Каринте забележа дека тој се стопил со звуците од клавирот. Младиот кадет чувството за музиката го носеше во слухот, но ја немаше вештината во прстите, па кажа дека може да ја понуди само љубовта. Смеата на Елени Каринте одгласи заносно како што ја пренесоа пипките на клавирот со мелодичната звучност. Клавишите удираа директно во нивните срца и мелодијата одзвучуваше низ протекот на крвта ослободувајќи се во просторот.

Се претпоставува дека клавишите двете срца ги препознале како иста нота и во тој миг се случило соединувањето и слевањето во едно, со ист звук и иста мелодија што повеќе не можело да биде раздвоено.

По таа средба младите среќници сфатија дека со љубовта што бликна во нивните срца светот можат да го освојат за еден ден. И веднаш тргнаа во поход.

Елени Каринте знаеше за тврдиот став на Ефтим Каринте, големиот битолски трговец, нејзин татко, и односот што ќе го има кон нивната љубов. Угледна христијанска девојка и сиромав муслимански кадет. Затоа љубовта ѝ ги отвори крилјата за бегство.

„Ќе те носам кај мајка ми во Солун“, беше категоричен младиот кадет. „Лесно е да се направи избор меѓу Академијата и убавата девојка.“

„Со тебе ќе дојдам и на крајот на светот да ме носиш“, беше убедлива убавата девојка.

Набргу потоа татнеше и исвируваше долгата композиција на возот, летајќи по полето кон Солун, носејќи ја големата љубов. Кемал и Елени Каринте за сето време од патувањето не се одвоија од прегратката. Секако дека се плашеа да ја остават сама љубовта која можеше да биде заробена во затвор од камени кули.

Младиот човек ја однесе радоста кај мајка си. Но Мајката набргу ги врати младите назад, во Битола, синот да ја продолжи избраната школа, и од родителите на девојката да побара дозвола за нејзина свршувачка. Ефтим Каринте бил построг во врската на различни класи и различни религии. На младите им останувало да се кријат во Битола за да ја спасат својата голема љубов. Но силите на раздвојувањето биле помоќни од љубовта на спојувањето и големата љубов била ставена во занданата на камената тврдина. Следувала принудна разделба и младото момче заминало во Истанбул, а убавата девојка во Лерин, да не можат никогаш повеќе да се сретнат и видат. Елени Каринте таму се сместила во затворот на својата душа.

Љубовта од срцата не им ја извлекле. Ништо не можело да ја извлече од таму. Целосно ги исполнувала и никогаш повеќе во нив не се населила друга љубов. Кемал големата љубов го мотивирала за создавање големи дела. А убавата Елени го чекала времето да се отвори и од него да се ослободи заробената љубов во која повторно со ист ритам ќе зачукаат двете разделени срца. Чекала така до осумдесеттата години од својот живот, кога сите времиња биле изместени и кога животот и смртта биле целосно помешани. Таа и на последното патување со себе го имала единствениот спомен.

January 2017
Bad Behavior
from the January 2017 issue: Bad Behavior

Zapalka

– Кога ќе дојде тато? – босите ножиња дошлапкаа во собата, но поспаниот детски глас не доби одговор. Беше тоа мала соба, скромно уредена, со темни завеси на прозорците, кои не пропуштаа доволно светлина.

Кревкото тело на жената беше срушено на фотелјата, нејзиниот стар трон.

Девојчето се проби низ шишињата алкохол и нежно го одврза каишот од левата рака на мајка си. Се наведна до нејзините усни и не земајќи здив го залепи увото до нив: „Сè уште дише, добро е“, помисли, па се успокои.

– Гладна сум... – претпазливо и со страв се обиде да ја помрдне за да се разбуди, но сè уште немаше никаква реакција. Го подигна ќебето од подот и со тежок напор го префрли преку неа.

– Ќе си направам сама јадење. Ти спиј. Одмори се. Ќе оздравиш, ќе одиме во парк утре. Не мора

денеска.

Се упати накај кујната. Да го вклучува шпоретот ѝ беше најстрого забрането, паметеше дека еднаш си играше со тркалцата за вклучување и потоа доби силна шлаканица од мајка си. Ако се разбуди и ако дознае дека повторно го вклучила, којзнае што може да се случи.

Фрижидерот беше празен. Имаше само една кутија бајати житарки. Млекото, иако имаше чуден вкус, го допи вчера. Подоцна ја болеше стомакот и повраќаше. Не ѝ кажа на мајка си, не сакаше даја разбуди. Таа беше многу болна и мораше да спие.

Тивко помина низ ходникот и излезе надвор. Ѝ беше забрането и да ја преминува улицата, но овојпат немаше друг избор. Ги познаваше соседите отспротива, тие беа добри со неа. Имаа внука со која заедно си играше, потоа таа отиде во Америка.

Затропа на вратата на соседите и побара една чашка млеко.

– Мама е болна. Не може да оди до продавница – објасни.

Сосетката збунето ја погледна, ја наполни чашата и ја испрати до дома. Вџашена, остана неколку секунди пред влезната врата, а потоа се сврте и со трчање замина назад.

Мајка ѝ сè уште спиеше. Уште еднаш го доближи увото до неа за да се увери дека е жива, а потоа ги истури житарките во чашата и седна на подот да појадува. Масата беше преполна со еден куп работи, кои не сакаше да ги поместува за да не ѝ вика мајка ѝ кога ќе се разбуди; таа често беше нерасположена кога ќе станеше и ѝ пречеа секакви ситници.

Некој заѕвони на вратата.

Беше премногу мала за да ѕирне низ дупчето и да види кој е, па ја подотвори вратата. Двајца страшни мажи облечени во сино.

– Добар ден, девојче. Може ли да влеземе?

– Не – отсечно одговори. – Мама спие. Не смеам да ја будам. Не смеам ни да пуштам никого дома.

Двајцата мажи се погледнаа меѓу себе. Пред нив стоеше босо девојче на возраст од околу пет-шест години, облечено во ношница што очигледно беше преголема за него. Со размрсулавено носе, со траги од млеко по образите и со продорни сини очи на возрасен човек.

Едниот извади полициска значка, но ни тоа не го поколеба девојчето – остана цврсто на својата одлука. Другиот извади некое радио и се тргна настрана, доволно далеку за девојчето да не може да слушне што зборува во него.

Се обидоа да ѝ објаснат уште еднаш дека тие се добри луѓе, од оние што сите ги пуштаат во своите домови, и дека за нив правилата не важат, но малата добро знаеше дека, доколку не ги почитува правилата на мајка си, ќе заврши лошо. Во тие правила немаше исклучоци.

На крајот, трпението на полицајците попушти, па грубо ја бутнаа од вратата и влегоа внатре покривајќи си ги носовите.

Девојчето преплашено истрча горе во својата соба, се скри под креветот и почна да претура низ кутијата што ја најде таму. Целото се тресеше, почна да плаче, но набрзо се сепна, присетувајќи се дека и тоа е строго забрането. Конечно, меѓу сите тие безвредни работи, на дното на кутијата, го најде она што го бараше.

Запалка.

Но не обична запалка.

Ја притисна до себе и одеднаш стравот исчезна.

Пред точно една година, таа повторно го сонуваше истиот сон. Човекот без глава ја следеше, таа немаше каде да избега. Се разбуди во темната соба – стравот ја парализира, а не смееше да испушти звук.

Кога првпат ѝ го раскажа сонот на мајка си, таа ја натепа убаво – сама се откри дека гледала од филмовите што не смееше да ги гледа.

Овој пат знаешедека мора да молчи. Но нејзината соба беше престрашна, па на прсти се прикраде до дневната.

Татко ѝ сеуште беше буден. Какво олеснување!

Дотрча и се стутка до него пред телевизорот. Не призна ништо додека не доби цврсто ветуање дека нема да западне во неволја, а потоа раскажа за филмот со човекот без глава кого ниедно оружје не може да го убие

  • И сега ме следи мене. Никој не може да го види затоа што се крие во мојот плакар.

Беше залудна проверката на плакарите – човекот можеше да биде и невидлив.

Тогаш, татко ѝ разбуричка низ својот џеб и ја извади волшебната запалка.

  • Ова е најскапоценото нешто што може да го поседува некој. Мене ми го подари еден голем волшебник. Најголемото оружје на светот... ќе го ставам под твојот кревет и ниедно чудовиште нема да може да ти се приближи – ја раскажа таткото приказната.
  • А може ли да ме направи невидлива? – ѝ светнаа очињата
  • Хах, секако, ти реков дека е волшебна. Треба само доволно црвсто да ја држиш и силно, силно да сакаш нешто, па таа ќе ти ја исполни желбата.

Таа вечер, таа спиеше мирно. Човекот без глава никогаш не се појави повторно во нејзниот сон. Но ни татко и не се појави повторно во нејзиниот живот.

 

Ги слушна луѓето кога влегоа во нејзината соба. Ги слушна нивните стапки, нивните гласови. Сите се прашуваа каде е, а таа само се смешкаше. Беше невидлива; кога нема да ја најдат, ќе се откажат и ќе си заминат.

По стапките можеше да забележи дека се повеќе луѓе во собата, не се само оние двајца. Одеднаш, едниот од нив се наведна под креветот и ги впери своите страшни црни очи во неа. За момент се сепна, но се сети дека всушност е невидлива, ја припи запалката кон себе и задоволно се насмевна.

– Што држиш таму, девојче?

Молчеше. Тоа не беше возможно. Таа беше невидлива. Ако молчи, ќе си заминат сите.

– Може да видам? – гласот звучеше пријателски, но таа се уште не се помрднуваше. Можеби не ја притиска доволно силно запалката? Или не посакува доволно? Ги затвори очите и уште еднаш посака, силно, најсилно, да биде невидлива! Рацете ја болеа, но не се откажуваше!

Одеднаш почувствува како некој ја подига во воздух. Не даваше отпор, само силно ја стегаше запалката со двете дланки и повторуваше во себе: „Сакам да бидам невидлива! Сакам да бидам невидлива!“

Ја изнесоа држејќи ја во раце надвор и ја седнаа до една жена со пријатен глас, која исто така се обиде да поразговара со неа. Ги отвори очите за момент, колку да го забележи нејзиниот пријатен лик, и потоа повторно се врати на запалката. Мора да успее, татко ѝ така ѝ рече! А татко ѝ не лажеше никогаш!

Жената престана да се обидува, па само замолкна и остана да седи покрај неа. Како што и претпоставуваше, по половина час напрегање, девојчето конечно заспа.

„Кутрото тоа...“, помисли таа додека го внесуваше малото беспомошно суштество во таксито. Не ја ни забележа запалката, која падна од отпуштените дланки на задното седиште. На излегување, таксистот викна по неа:

– Госпоѓо, си ја заборавивте запалката!

– Јас не пушам – одговори таа кратко и влезе во центарот за сирачиња.

Изутрина, на главната страница на весниците осамна натпис:

Петгодишно девојче една недела живеело само во куќата со лешот на својата мајка, која починала од предозираност со хероин.

Сите ја жалеа судбината на девојчето, кое пред само една година го изгубило и својот татко во сообраќајна несреќа.__

January 2017
Bad Behavior
from the January 2017 issue: Bad Behavior

January 2017
Bad Behavior
from the January 2017 issue: Bad Behavior

Нектар

  &nbИако е гинеколог, мојот маж се обидува да се претставува како уметник, а тоа е само една од работите што ме нервира кај него. Всушност, не се сеќавам кога точно почнаа да ме нервираат повеќето работи што ги прави и зборува, но оваа можам да ја издвојам како една од најглавните. На пример, на гостите што доаѓаат кај нас им кажува дека „се занимава со уметност“, но дека не е „уметник“ во вистинската смисла на зборот, со тоа лажно прикажувајќи се како скромен. Кај нас многу често доаѓаат гости. Од моја страна, тоа е непожелно, бидејќи вклучува готвење и чистење пред и по нивното доаѓање. Мојот маж инсистира јадењето да е обилно, со тоа сакајќи да покаже колку сме ние всушност функционални како семејство. Нормално, во текот на таквите обилни вечери, кои се одвиваат во нашата дневна соба, на ниската маса што стои помеѓу троседот, двоседот и фотелјата, во кои можат да се сместат уште четворица покрај нас двајца, јас сум таа којашто треба да ги служи гостите, и главно сум стационирана во кујната, па кога ќе дојдам да приседнам со нив за малку да поразговараме, морам да седам на табуретка, за која секогаш лажам дека ми е сосема комотна. Во меѓувреме тој си разговара со гостите и главно им зборува за себе. Бидејќи е непристојно да се зборува за пички, што е основата на сè она што тој го познава, им зборува за својата „уметност“, а тоа се неговите слики од масло на платно што ги изработува во една од собите во нашиот стан, неговото „ателје“, поради кое нашите две деца што постојано се тепаат мораат да делат соба. Неговите слики се крајно аматерски. Боите се замачкани, задушени, депресивни. Секојпат кога ќе згреши некој потег, го замачкува со нов слој боја. Така, сликите му личат на големи, тешки блуеници – како несварен, обилен, изџвакан оброк што се вратил таму од каде што дошол. Тој смета дека неговите слики се „апстрактни“ и дека „изразуваат состојби на емоционална тревога и вознес“, но всушност тие го претставуваат тоа што тој најдобро го знае: пичките, и од внатре, и од надвор. Претпоставувам дека и другите луѓе го забележуваат тоа, барем тие што се попаметни. Сигурна сум дека го викаат „гинекологот што слика пички“ и му се шегуваат зад грб. Но тој тоа сосема го заслужува, па не се вознемирувам ако е тоа така – дури и потајно се надевам дека му се потсмеваат. Но има такви од нашите гости кои барем в лице не го прават тоа, туку напротив, му ласкаат. „Па Вие сте вистински уметник“, му велат, гледајќи ги сликите небаре пред нив стои некое платно на Леонардо. И тогаш тој ја вади таа негова позната фраза: „Не, јас само се занимавам со уметност“ и додава, повторно со лажна скромност „јас сум само еден лекар“, знаејќи точно каков статус има со таквата професија.

            Втората тема во текот на вечерата, секако, се неговите пациентки и нивните здравствени проблеми. Мојот маж, вреди да се спомене, ги има изгубено пријателите што се некако надвор од неговата професија. Сите негови пријатели се исто така лекари што ги запознал на факултет, а нивните жени му се пациентки. Заедно тие имаат „братство“. Братствата кај мажите ми се многу смешни од денешна перспектива. Кога бев млада, кога се запознавме со мојот маж, тоа ми беше симпатично, дека има таква верна дружина пријатели. Но тогаш не ми беше јасно што зборуваат меѓу себе. И не ми беше јасно како зборуваат за нас, нивните жени. А мислам дека мојот маж е најлош меѓу нив, главно бидејќи е гинеколог и бидејќи ужива статус на познавање на сите интимности кај жените. За жал, се сомневам во една многу страшна и лоша работа, која ми е страв да ја изустам, а тоа е дека неговите пријатели намерно ги носат своите сопруги кај мојот маж, бидејќи така имаат контрола врз нив. Доколку имаат некоја сексуално пренослива болест, тоа мојот маж може да го скрие од нив. Доколку самите жени се „виновни“ за таа болест, тој тоа може да им го соопшти на мажите, пред тоа да го сторат или да не го сторат сопругите. Ова е само моја теорија во која се сомневам, бидејќи оваа банда мажи тврдат дека нивното братство е „над сè “, и дека буквално сè би направиле еден за друг. Понекогаш помислувам дека се геј. Дека кога не би биле ние, и кога не би имале такви општествени стеги, би се наредиле сите еден зад друг и заемно би си го опнале. Така си ги замислувам понекогаш, кога ме нервираат – залепени еден зад друг како сардини, како вагони од воз, како сите мрдаат во ист ритам. Само што првиот нема што да прави со курот и си го држи во рака, разочарано. Па после се менуваат, за да не остане некој покус во нивното братство. Во моите фантазии, ние жените седиме на страна и ги гледаме. Така правиме и во реалноста. Тие зборуваат, а ние ги гледаме, или понекогаш си шепкаме рецепти меѓу нас, кога ќе ни досадат нивните муабети. Понекогаш и сопругите успеваат да разменат по некој таен збор со мојот маж, во ходникот, како дополнителна консултација за нивното здравје. „Земи една доза бетадин“ ќе наслушнам, или „можеби е до исхраната, не знам зошто секогаш ми се појавува“. „Немој да држиш диети“. „Ама многу здраво се хранам. Еве веќе и не пушам“.

            Јас и тој се запознавме на гинеколошки стол, коа отидов кај него на преглед. Беше исклучително добар и нежен, и неговиот пристап ме воодушеви. Бев многу, многу млада – и тоа треба да се земе предвид – другите гинеколози кај кои претходно имав отидено беа груби и лоши и непријатни. Не дека имав некој проблем – напротив. Прво ме седна во неговата канцеларија и ме опушти со еден шармантен, човечки разговор. Во позадина имаше пуштено многу пријатна класична музика, ми понуди овошен чај, кој веќе го беше подготвил. Откако малку се подопуштив, ми покажа каде да се пресоблечам – беше тоа една прекрасна мала соблекувална, со убави бели меки папучки на подот, нова закачалка на повеќе нивоа за облеката, еден убав бел мантил што можев да го облечам пред да се качам на гинеколошкиот стол. И кога се качив таму, тој ми велеше, „подолу душичке, ајде малку подолу душичке“, и нежно ме пипкаше по бутините за да ме поттурне надолу. Потоа почна да разговара со мене додека го ставаше спекулумот, кажувајќи ми колку е тој непријатен, но тој ќе биде нежен, и дури се обидуваше да го затопли за да не ми биде неубаво кога ќе влезе во мене. Начинот на кој ми ги рашири усничките пред да го стави спекулумот ми предизвика нешто топло да ми се придвижи во душата. И потоа тој погледна внатре, а јас го гледав в лице. Ми се виде убав, најубав, преубав. Сините очи гледаа внатре во мене со еден поглед чиниш гледаат залез над мирно езеро. Лицето како да му се разнежни. „Ах, совршено е сè. Имате преубава анатомија“, ми рече тој, а тоа го повторуваше и кога со ехо ми ги проверуваше јајниците. „Имате прекрасна матка“, ми рече неколкупати. Но пред да стигнеме кај ехото, тој направи нешто што сега знам дека им го прави и на други жени – можеби и затоа е толку популарен, покрај меките папучки, убавата закачалка, чајчето, пријателскиот однос. Со неговите долги, нежни прсти, ме буцкаше внатре за да провери дали имам некакви болки. Се разбира, ми се извини многу пати пред да ми го направи тоа, и ми објасни што точно ќе ми прави. Но како што го брцна внатре показалецот, и го вртеше лево-десно, со другите прсти нежно ми го галеше клиторисот. Ми беше убаво. Се вратив по шест месеци, лажејќи дека нешто внатре ме чеша. „Прекрасно е сè, прекрасно“, велеше тој. „Не сум видел ваква чиста и убава анатомија“, повторуваше, речиси вљубено гледајќи во мојата внатрешност. И така секои шест месеци, три години, сè додека еднаш не се сретнавме во едно од градските кафулиња, и во пијана состојба ми рече дека сум била најубавата пациентка со најубавата „како да ти кажам... почнува на П“ што ја видел дотогаш. Потоа ми рече дека по оваа изјава јас не можам да му бидам веќе пациентка, но можам да му бидам девојка. И по неколку месеци ми рече дека можам да му бидам и жена, а јас прифатив. Имав дваесет и две години. Тој имаше триесет и осум. Јас сè уште сум негова пациентка. 

            Сликите се главниот повод за нашите расправии, но не и причината за нив. Причината е повеќеслојна, но еве уште еден пример: еднаш јас и мојот маж зборувавме за уметност. Се разбира, тој се гледа себеси како некој Чехов, некој што бил лекар, но подоцна станал познат по тоа што всушност бил голем уметник. Зборувавме за нашите омилени писатели, сликари, музичари, а јас почнав да зборувам за тоа колку ми се допаѓа поезијата на Силвија Плат. Нему како одеднаш нешто да му светна.

            „Дали си забележала дека сите големи уметници се мажи?“, ми рече.

            Тоа ми имаше паднато в очи и претходно, и го чувствував како болна точка. Со разочараност одговорив потврдно.

            „Што мислиш, зошто е тоа така?“

            Почнав да размислувам. Не можев веднаш да го срочам тоа што сега рафално би му го испукала в лице: дека жените никогаш немале услови да бидат креативни. Дека тоа едноставно не им било допуштено, кога по цел ден седеле дома и ги бришеле гомната од газињата на децата, како што правев и јас додека тој шеташе по конференции по Кини, Африки, Европи, и се инспирираше.

            „Па...“, запелтечив, за што сега многу се каам.

            „Тоа е затоа што мажите се духот, жените се телото. Мажите се креативните, жените се практичните. Мажите гледаат горе, жените гледаат долу. Жените не можат да бидат уметници – тоа не им е својствена природа.“

            Многу се навредив ама не знаев како да му одговорам. Имав дваесет и три-четири години, ако тоа може денес да ми послужи како одбрана.

            „Ајде. Кажи ми некоја многу голема писателка. Од рангот на Достоевски, на Чехов, на Хемингвеј, на пример“, ми рече.

            „Па еве, Маргерит Јурсенар“, му кажав, оти само на неа ми текна во тој момент.

            „Не се важи. Лезбејка била“, ми одговори и влезе во тоалетот, каде што се задржа петнаесет минути за да кака, а јас морав да излезам да го земам синот од градинка и никогаш не го продолживме разговорот, во кој јас ќе му наведев стотици машки уметници кои биле геј, како неговиот омилен композитор Чајковски, на пример. 

            Идеите за величината на уметникот и желбата и тој да стане уметник кај него се јавија одамна, но почна да слика дури многу подоцна, откако се „осозна“, како што самиот велеше. Всушност, почна интензивно да слика откако се роди нашето второ дете – значи пред осум години. Дотогаш веќе малку и отрпнав и престанав толку да му се плашам. Кога почна да слика, истренирана само да му пеам славопојки, му велев дека сликите се многу убави, и дека навистина има талент. Тој црвенееше од среќа кога ќе кажев таква работа и, како секој миг да ќе подголтне или ќе прсне во плач, со насолзени очи гледаше во завршеното платно. „Отсекогаш сум сакал да бидам сликар!“, велеше. „Се двоумев меѓу медицина и уметничко. Ама татко ми ме натера да тргнам по неговите стапки. И ете – судбина“, повторуваше вознесено. Се чудев како и мене ми зборува вакви работи, сопругата пред која не мораше да се преправа.

            Потоа почнав да ги игнорирам неговите слики, и конечно пред неколку години почнав да му кажувам дека воопшто не ми се допаѓаат. Последниот пат кога се скаравме, во момент на бес му реков дека личат на грди, размачкани пички, а кога не личат на тоа, личат на омлет или на блуеница. Се навреди како никогаш дотогаш.

            „Јас барем творам“, ми рече. „А ти, што правиш?“

            „Твориш ко што творат творовите“, му реков.

            Тој побесни. Се виде како го облеа руменило, а од што знае да се воздржи, истото како да го голтна, и лицето му се врати во нормала по десетина секунди.

            „Многу си духовита нешто денес“, рече без да знае што друго да ми каже. „Штета што не си писател“, рече, знаејќи дека отсекогаш сум сакала да пишувам. Виде дека се вознемирив и продолжи да ме тормози.

            „Уф, заборавив дека пишуваш поезија. Што не ми прочиташ некоја од твоите песнички за да можам и јас да критикувам?“, зајадливо ми префрлаше и триумфално се смееше, бидејќи моите песни никогаш ги немаше прочитано. Никогаш не му ги имав дадено од една проста причина која веќе не сакав да ја кријам од него. Отидов во спалната и од под креветот ги извадив листовите со поезијата што скришум ја пишував додека тој беше на работа. И му ја дадов последната песна. Му реков да чита на глас.

 

Љубена

 

Тој лежи до мене

а јас те сонувам

твојот ноќен цвет

за мене се отвора

ти јачиш ко ветар

ружо моја најмила

од твојот нектар

и вечерва би се напила

 

            Вилицата на мојот сопруг се здрви и малку како да се помести на десно кога престана со читањето. Очите му беа ширум отворени и втренчено ме гледаше, а во лицето беше блед.

            „Римата не е баш правилна“, му реков цинично. „Извини што те разочарав“. 

            „Не“, ми рече тој. „Не сум разочаран. Очекував дека ќе е срање.“

January 2017
Bad Behavior

from the January 2017 issue: Bad Behavior

January 2017
Bad Behavior
from the January 2017 issue: Bad Behavior

Иллюзион

Сегодня вечером я нажарю семечек, целую миску, и, предвкушая двойное удовольствие, усядусь перед телевизором смотреть футбольный матч. «Спартак» будет играть с «Динамо», и я, не в силах оторваться от экрана и, сыпля скорлупками мимо тарелки, буду с замиранием сердца следить за игрой. Я буду отчаянно болеть за «Спартак», но выиграет «Динамо», и мне настолько понравится классная техника «динамовцев», что совершенно не будет жаль проигрыша любимой команды. А когда Пеле забьёт третий гол в ворота «Спартака», я даже поперхнусь семечками и буду долго кашлять, надувая щёки до красноты и слёз и брызгая слюной.

После матча я начну звонить своим друзьям — таким же, как и я, преданным болельщикам «Спартака»; но их жёны все как одна ответят, что они уже спят, хотя будет только девять часов вечера. Тогда и я лягу спать, а когда проснусь, то не буду завтракать, а наскоро оденусь и побегу на улицу, где будут ходить взад-вперёд сонные, но уже весёлые мужики с транспарантами «Спартак!» и «Спартак — чемпион!»

Я присоединюсь к ним, немного похожу с ними по улице туда-сюда, а потом скажу кому-нибудь из них, что «Спартак», конечно, забойная команда, но я ценю прежде всего мастерство и зрелищность, а не имя команды, и «Динамо» победило вчера в честной борьбе.

И тогда ребята посмотрят на меня как на идиота и скажут мне, что вчера я перепил водки, а сегодня ещё не похмелился, а «Спартак» выиграл со счётом 3:0, а иначе чего бы они ни свет ни заря повыпирались на улицу, как малахольные. Я им отвечу, что они именно малахольные, а я уже третий месяц и в рот не беру спиртного, даже пива, и по праздникам тоже ни-ни, и своими глазами видел, как «Спартаку» вжарили всухую, а вот они точно ещё со вчерашнего не просохли и глаза позаливали с утра пораньше.

Ребята скажут, что они вчера все вместе за одним телевизором сидели и помнят каждый гол, вмантуленный в ворота «Динамо», а у меня белки повылазили на почве алкогольной недостаточности. А мой давний неприятель Сергей, у которого я когда-то увёл жену — хотя, честно сказать, никого я у него не уводил, я вообще удивляюсь, как с таким козлом кто-то может жить — скажет, что это у меня глаза неправильные, а не у них залитые, но, если я хочу, то он мне может их поправить. Я отвечу ему, что нечего искать в чужом глазу соринку, когда у самого рога прядями свисают наружу и мешают видеть.

И зря ему так скажу, потому что у него под сто килограммов живого веса и он бывший боксёр, а во мне и семидесяти не будет. И, конечно же, Сергей потащит меня на стройку, подальше от жилых домов и милиции, а я буду размахивать вхолостую руками и упираться. А на стройке он начнет меня бить по глазам и говорить, что выиграл «Спартак», а не «Динамо», но я-то знаю, что не в «Спартаке» и «Динамо» дело, а в его бывшей жене. А когда я упаду на землю, и моя кровь, смешавшись с песком и цементом, станет крепче бетона, он ещё несколько раз ударит меня ногой, стараясь попасть по лицу, но голову я буду крепко прижимать руками к груди, и он попадёт разбитыми грязными туфлями только мне по рёбрам, а зубы у меня останутся целыми.

Его потом оттащат ребята, но он ещё успеет вырваться в последний раз и, выхватив у одного незнакомого мне парня плакат «Слава Спартаку!» скомкает его и засунет мне в рот со словами, чтобы я это сожрал. А когда Сергея отведут на достаточное расстояние, я вытащу плакат изо рта и крикну, чтобы он сам его сожрал и что он козёл и ублюдок, и вообще буду долго материться и кричать, что «Спартак» — самая хреновая команда в мире. Но что самая лучшая команда в мире — «Динамо», кричать не буду, а выкрикну что-нибудь нейтральное: что лучшая команда в мире — это «Металлист» или «Арарат».

Потом я ещё некоторое время посижу молча, перебирая в руках твёрдые камушки бетона, которые ещё недавно были моей кровью, и, отбросив их далеко-далеко, сначала гладко распрямлю, а затем сложу в восемь раз плакат «Слава Спартаку!», чтобы он уместился в карман, и подумаю, что это — вещественное доказательство. Бумага, твёрдая и жёсткая, будет еле гнуться в руках, и я подумаю, что я вряд ли съел бы это, а когда я это подумаю, мне жутко захочется есть, и я вспомню, что ещё не завтракал.

Тогда я встану и побреду домой, пытаясь понять, кто из нас прав — я или ребята. По дороге я остановлю девочку и спрошу, кто вчера выиграл — «Спартак» или «Динамо». Но девочка ничего не ответит, а испугается меня и убежит. А старенький дедушка с собачкой и палочкой скажет мне, что вчера со счётом 5:0 выиграл «Спартак», и чтобы я шёл домой и умылся, потому что у меня всё лицо в крови.

Я подумаю, что весь мир свихнулся, потому что я уверен — нет, даже не уверен, я точно знаю, голову даю на отсечение, что выиграло «Динамо», и буду удивляться всем вокруг, тому, что они городят: или телевизоры у всех неправильные, или они специально придуриваются, потому что не хотят признавать поражения «Спартака», ведь весь наш городок от мала до велика болеет только за «Спартак»: Ринат Дасаев из второй запасной команды — наш земляк, так за кого же нам ещё болеть? А может, им так хотелось, чтобы победил «Спартак», что они просто не захотели поверить в победу «Динамо» и убедили сами себя и всех вокруг?

Я приду домой, но есть не буду, а позвоню маме — ей одной я верю — и спрошу: кто вчера выиграл? Мама ответит, что «Спартак», и скажет: «Поздравляю!». И я скажу себе тоже: «Поздравляю!», потому что я сошёл с ума. Но скажите: зачем мне сходить с ума, когда я хотел, чтобы выиграл именно «Спартак»? Совсем мне незачем сходить с ума из-за «Динамо», тем более, что я «Динамо» никогда не любил… «ЦСКА» ещё куда ни шло, но не «Динамо» же, в самом деле. Для меня «Динамо» — ей-богу, как «Пахтакор».

И ещё я подумаю, что глупо сходить с ума из-за «Динамо», и жалко, что вчера утром от меня ушла жена, которая до того ушла от Сергея, потому что она-то мне точно бы сказала, кто выиграл. И мне станет так обидно, что я совсем один, совсем один сумасшедший, а все вокруг нормальные и уверены, что выиграл «Спартак», а я, как дурак, убеждён, что выиграло «Динамо», так обидно за себя и невыносимо одиноко, как сейчас, когда я пишу всё это. Ведь я ненавижу семечки — и жареные, и сырые — и совершенно не интересуюсь футболом. И в моей жизни никогда ничего не происходит, и с людьми не происходит тоже ничего. Я не живу, а просто хожу на работу и читаю. И не били меня никогда. И мамы у меня нет. Вот только жена в самом деле ушла. Сегодня. Навсегда. И хочу я из-за этого сойти с ума, а не могу, ничего не получается.

Правда, до этого она никогда не была женой никакого Сергея, и вообще ничьей. Она всегда была только моей.

Всё-таки обидно, что я никогда не увлекался футболом. А то бы никогда не признал победу «Спартака», даже если бы меня избили или убили вовсе.

January 2017
Bad Behavior
from the January 2017 issue: Bad Behavior

Metro Plamondon

en una esquina de la avenida Decelles
un caribeño encuentra un colchón abandonado
donde poder dormir
soñar que habla francés e inglés
que se viste con las mejores marcas
que tiene pulseras de oro de 24 quilates
que le sobran mujeres
y maneja un Mercedes último modelo

atraído por el mito de las calles de oro
a la calle Barclay llega Santiago Nasar que se hace pusher
en el bolsillo el níveo éxtasis que conduce a los cuchillos
a las anónimas muertes por sobredosis en esta parte de Montreal

guía sus pasos en la nieve el afán de juntar billetes de cien dólares
la venta clandestina de las diminutas bolsas de cocaína Disney World
el bolsillo lleno de billetes y al cinturón la funda de un cuchillo
mira furtivamente a los peatones en la calle Goyer
mientras camina hacia el metro Plamondon soñando con ser distribuidor
¡qué carajo!, mejor importador y de los grandes

un vecino observa callado desde una ventana
a Santiago caer con la garganta destazada
el navajazo que derrama sobre la nieve
el carmesí de su corta vida
un ligero vapor de la sangre sobre la nieve
los bolsillos vacíos, alguien le quita las zapatillas
un cuerpo que nadie reclama
por el metro Plamondon

January 2017
Bad Behavior
from the January 2017 issue: Bad Behavior

January 2017
Bad Behavior
from the January 2017 issue: Bad Behavior

January 2017
Bad Behavior
from the January 2017 issue: Bad Behavior

January 2017
Bad Behavior
from the January 2017 issue: Bad Behavior

January 2017
Bad Behavior

from the December 2016 issue: The World on Stage: Micro-Plays in Translation

Reviewed by Kate Prengel

Tomaž Šalamun is a poet of impressions. His poems read like collages where scraps of thought, fragments of images, and bits of memory all bump up against each other on the page. In his best poems, the whole adds up to far more than the sum of the parts, like some vast machine whose workings are as much fun to observe as their product. But Šalamun’s style is very much hit or miss. Andes, a new collection (ably and lovingly translated from the Slovenian by Jeffrey Young and Katarina Vladimirov Young) gives the English-speaking public access to the highs and the lows of Šalamun’s pointillism.

To begin with, plenty of readers will be turned off by Šalamun’s whimsical use of language. Plenty of the poetry in Andes totally frustrates meaning, to the point of seeming self-indulgent. Look at “Lunch and the Evening”:

O, my virgin kleptomaniac. You’re

Stepping on lilies. You’re aping divas,

 

With a tiny overcoat you cry, Kaput!

Kaput, the femur.

 

Yesterday I saw

A Korean woman . . .

The poem goes on, but the images never coalesce into a clear whole. Šalamun’s words simply have to be taken, or not taken, on their own terms.

Jeffrey Young describes the translation as a collaborative process. Because of Šalamun’s whimsical style, the translators had to check in with the poet again and again, making sure they dealt correctly with the book’s many “moments of untranslability." Young’s long introduction details this process and is one of the great strengths of Andes.

Salamun’s strongest poems convey a sense of movement, like a parade of ideas all marching together in the same direction. Take “He Exclaimed”:

A cat creeps with

Mouth movements,

 

Not with shoes. We run and from

Us flutter little tassels.

 

. . . Stars protrude.

Birds break branches.

 

The stars smack with open

Mouths . . .

The images don’t fit together organically––poppies, kir, and the mysterious Otto seem to have nothing to do with one another. And they never intersect, either. Each image is perfectly discrete. And yet, together, they create an energetic landscape. It’s like climbing down a rabbit hole and landing in the author’s imagination. If you relax your guard and accept that there are no rules, then you can enjoy yourself.

Other poems are more frightening. “She had black and beautiful eyes” is at once the most coherent and the most disturbing of the collection:

He

Held her under

 

The table. Sometimes he

Pulled her out,

 

Did sex with her,

Shoved her back and

 

Painted all the time. She had

Black and beautiful eyes.

This is as close to narrative as Šalamun comes, and it’s still hard to follow his train of thought. Is he describing some scene of actual abuse? Is he talking about his own creative process? Is the lady with black and beautiful eyes a metaphor for his inspiration? Trying to impose logic doesn’t seem to work. Even at its most direct, Šalamun’s language exists slightly outside of meaning and needs to be taken on its own terms.

If Šalamun uses highly personal imagery to map the author’s mind, the Latvian writer Knuts Skujenieks employs the most universal language imaginable to describe his personal experience. The new collection Seed in Snow, newly translated from the Latvian by Bitite Vinklers, brings together the poems Skujenieks wrote while he was serving seven years in a Soviet prison camp.

Skujenieks uses direct, spare language and relies heavily on nature imagery to convey the mood of the gulag. This is from "I Hear:"

Gagged.

Disenfranchised.

And I hear how the black pines

Shout against a yellow sky.

 

Roots revolt. Pines want to rise,

To fly on black wings.

And I hear how the sun, whispering sadly,

Burrows into blue ashes.

Skujenieks makes his own emotions so gigantic that even the trees and the sun itself share them. The pines themselves want to escape, the sun is saddened, and yet, because the landscape shares in the prisoners’ suffering, that suffering is made bearable.

Nature, fierce and simple, is always interwoven with emotions in these poems. In one of his untitled pieces, Skujenieks describes everyman’s struggle to survive the gulag emotionally intact:

If a man can count on his fingers the days

Before he goes mad in the wind and is lost,

Five or four or two or one,

He’ll break through snow up to his knees,

Gasp and sing and thirst and cough

And cry like a child,

His unending love of life frozen

Like the tears on his lashes . . .

The wind, the snow, and the frozen landscape are all inseparable from the poet’s experience here. And this makes the reader’s job easy. The reader doesn’t need to give up his sense of logic, and order, as when reading Šalamun’s poetry. He only needs to think about the snow, and the wind in order to imagine Skujeniek’s experience of the hopeless, frozen prison camp. The poems in Seed in Snow can use this sort of shared experience to transport the reader into a far-off reality most of us will never experience.

Skujenieks’ strength is his ability to universalize his experience. Not surprisingly, his weakest poems fail because they rely on overly-general language and lapse into cliché. Here is a passage from "Elegies on Snow:"

On the same branch, in the same bed of love

Lie youth and midlife. Famine and shame.

Why do you falter?

A skeleton and a flower,

A daisy.

There is nothing new here––famine, skeletons and daisies are all rather hackneyed images––and it’s hard to see where the author was trying to go. Fortunately, this sort of poem is rare in Seed in Snow, and most of the work manages to be both simple and unique, personal and universal, using generous, open-hearted language to guide the reader to new vistas. The reader who goes along for this ride will be grateful.

Like what you read? Help WWB bring you the best new writing from around the world.