Skip to content
Words Without Borders is an inaugural Whiting Literary Magazine Prize winner!
from the February 2017 issue

Wykopaliska

Pamiętam kolory. Pamiętam faktury, wzory i kształty – coś pomiędzy wzrokiem a dotykiem. Jeden pasek gruby, dwa cienkie: tak w nieskończoność. Dywan? Kanapa? Wszystko dość szorstkie i chyba zielone. Wanienka też była zielona. Podłoga w łazience wielokolorowa, ale z przewagą zielonego. Dominujący kolor. Ciekawe, czy dominujący rzeczywiście, czy tylko we wspomnieniach.

        Wanienkę widziałem na kilkunastu fotografiach, ale wyłącznie czarno-białych, a ja wiem, że wanienka była zielona, więc muszę to pamiętać naprawdę. Pamiętam tylko to, czego nie ma na zdjęciach. Pamiętam kolory, właśnie dlatego że zdjęcia są czarno-białe i mi tych kolorów nie odebrały. Wszystko inne jest stracone, pokryte szumem, zamazane, zakłamane. Złogi po kolejnych renowacjach uniemożliwiają dokopanie się do oryginału. Dokumentacja zabija pamięć. Zapisz i zapomnij. Zrób zdjęcie.

        Już sama próba przypominania sobie czegokolwiek tworzy kolejną przesłonę, bo nawet jeśli zakończy się częściowym sukcesem, to praktycznie uniemożliwi sukcesy powtórne. Przypomnę sobie jakiś fragment, resztę dokleję, korzystając z domysłów, klisz, banałów, komunałów – wiedzy ogólnej. A przy kolejnym przypominaniu najżywiej będę pamiętał materiał najświeższy – czyli właśnie tę część skonfabulowaną. To, co teraz zmyślę, wyda mi się najżywsze, najbardziej przekonujące, prawdziwe. Nie tylko więc będę wspominał wspomnienie, a nie rzeczywiste przeżycie – czyli tłumaczył tłumaczenie, kopiował kopię, robił negatyw z negatywu – ale również z najgorliwszą lubością będę rozpamiętywał właśnie to, co nieprawdziwe, a tym samym odsuwał się od rzeczywistego wspomnienia. Jeżeli nawet jakaś mała część mojego odtworzenia będzie prawdziwa, to ten właśnie element nieuchronnie przegra darwinowską walkę ze zmyśleniem – ten właśnie zostanie najrychlej zapomniany.

Kiedy więc w popiele niepamięci rozpala się na moment jakaś iskierka, to nie wolno jej troskliwie okrywać, bo w ten sposób natychmiast się ją nieodwołalnie zadusi. Kiedy na końcu hipokampa pojawia się jakieś wspomnienie – i wydaje się, że jedna chwila skupienia wystarczy, by je wydobyć na powierzchnię – wtedy właśnie trzeba skupienia unikać. Być może jeszcze kiedyś wypłynie samo, w takiej czy innej całości – ale nie wolno nad nim pracować świadomie, bo każdy wysiłek umysłowy otwiera furtkę dla pokrywczych zmyśleń.

Ale wanienka była zielona z całą pewnością. Jemu kupiłem niebieską. Dywan też mamy niebieski. Już się tworzą przyszłe harmonie, niewiele różniące się od moich. Temat z drobnymi wariacjami, ale nadal w ramach tego samego systemu dur-moll. Chociaż on może wcale nie będzie pamiętał kolorów, bo zdjęcia już są kolorowe. Są zdjęcia, są filmy – czyli nic nie będzie pamiętał. Może jakieś zapachy? Smaki? Może ruch?

        Ja pamiętam, jak idę. Trzymam matkę za rękę i dokądś idziemy, ale dokąd? Czy to jest jedno wspomnienie, jakiś konkretny marsz, czy raczej niezliczone spacery zlane w pojedynczą platońską wędrówkę? Chodzić musieliśmy dużo, bo innych rozrywek wówczas raczej nie było. Chodzenie jest za darmo. Teraz też dużo chodzimy, to znaczy ja z nim. Zresztą tamte spacery z matką zaczęły mi się przypominać dopiero teraz, kiedy znowu chodzę – tylko tym razem na górze, po drugiej stronie ręki.

        Przez ponad dwadzieścia lat w ogóle nic z tamtego okresu nie pamiętałem i dopiero teraz coś zaczyna do mnie wracać. Najważniejsza jest pewnie powtarzalność dekoracji – jakiś park, zoo, plac zabaw, a nawet tramwaj lub autobus. Wtedy mi się przypomina: ja też tak szedłem, też tak jechałem. Szedłem z matką, tak jak teraz on idzie ze mną.

 

* * *

 

A tych placów zabaw nigdy nie lubiłem. Z każdym z najpopularniejszych placowych sprzętów wiąże mi się jakieś niemiłe wspomnienie. Huśtawką w zęby, karuzelą w tył głowy, jakiś upadek ze zjeżdżalni… Chyba tylko na drabinkach nie zrobiłem sobie nigdy żadnej krzywdy. Typowy jak na tamte czasy przebieg kariery życiowej. Twardy dizajn – wszyscy moi koledzy mieli na głowie jakieś blizny od murków, kantów i krawędzi. Ja żadnych blizn nie miałem, nawet po tamtej huśtawce. Matka potrafiła mnie jednak jakoś upilnować – to inna sprawa.

        Teraz te place są na innym poziomie. Wszystko drewniane, miękkie – podłoże piankowe. Ładne, nieodrapane kolory. Sama mechanika placu zabaw, jego filozofia, pozostaje jednak bez zmian. Generalnie dominuje powtarzalny ruch – kręcenie, huśtanie, bujanie. Celem fizjologicznym jest tu ostre podrażnienie błędnika. Nie mogą jeszcze pić wódy, a jakoś się muszą ogłupiać. Zahuśtać się do nieprzytomności, do zerzygania, do zapomnienia.

        On też niespecjalnie lubi te place – mimo miękkiej wyściółki, mimo kolorów podprogowo i atawistyczne łechcących wzgórze, podwzgórze i układ limbiczny. Placów nie lubi: lubi dinozaury. Można go wyciągnąć na taki plac tylko pod pretekstem powspinania się na brachiozaura na przykład.

        Dinozaury są ważne. To jest podstawowy element wyposażenia psychicznego każdego dziecka w wieku przedprzedszkolnym. Dinozaury są wytrychem pozwalającym wypuścić na wierzch wszystkie freudowskie demony, jednocześnie trzymając je na smyczy z mocnej liny konopnej. Straszne, ale i zabawne, agresywne, ale przyjazne. Groźne, ale niegroźne. Lepsze to od Jasia i Małgosi w piecu krematoryjnym.

        Dinozaury wyginęły. W ten sposób przerabia się śmierć (bo poza tym śmierci nigdzie nie widać; śmierć sama jest wymarłym dinozaurem). Miłość na pszczółkach, śmierć na dinozaurach. Dziadek zmarł – jak dinozaury – może trafił go meteoryt, a może nadeszła dla niego epoka zlodowaceń. Nie wiadomo: i to jest najlepsze. W sprawie śmierci nie ma wiedzy, muszą wystarczyć hipotezy.

        Za moich czasów nie było dinozaurów. Ciekawe, jak się z dziećmi przerabiało śmierć. Pewnie jednak na piecach.

 

* * *

 

  • Wszyscy jesteśmy dinozaurami – mówi. – Jesteśmy rodzinką dinozaurów.

  • Kim ty jesteś? – pytam.

  • Ja… Galimimem!

  • A ja?

  • O, dziękuję! A mama?

  • Mama… Stegozaurem.

  • Świetnie. Słuchaj, miśku…

  • Galimimie! – poprawia.

  • Tak, jasne. Słuchaj, galimimie, idziemy do parku, na plac zabaw?

  • Nie chcę do parku.

  • No chodź, może się powspinasz na ten duży zamek…

  • Na apatozaura!

  • Właśnie, na apatozaura. Albo na diplodoka.

  • Na co jeszcze mogą się wspinać galimimy? – pyta.

  • Może na brontozaura.

  • Brontozaur to inaczej apatozaur – mówi.

  • A brachiozaur to jest to samo?

  • Nie, to inny.

  • Ale też z długą szyją? – pytam.

  • Też. Można się wspinać?

  • Galimimy na pewno mogą.

  • Ale tyranozaury są za duże…

  • No ja nie planuję się wspinać – zapewniam. – To chodź, galimimie, powspinasz się na apatozaury, diplodoki i brachiozaury. Może dzisiaj znów spotkamy Zosię.

  • To nie jest Zosia, to jest triceratops.

  • Super, powiemy jej.

  • Ona wie. Triceratopsy wiedzą, że są triceratopsami.

  • A mama Zosi jakim jest dinozaurem?

  • A kim ona jest? – pytam ostrożnie.

  • Yyy… Pterodaktylem!

  • A pterodaktyle to nie dinozaury?

  • Nie, bo dinozaury nie latają, a pterodaktyl lata.

  • Latał – mówię.

     

    * * *

     

    Spinozy nie poczytasz. Triceratopsy wiedzą, że są triceratopsami – o, to jest prawie ze Spinozy. Musi wystarczyć. Nic nie poczytasz, nie obejrzysz, nie pójdziesz, nie porozmawiasz, nie skorzystasz. Na kilka lat przestajesz istnieć. Zresztą zwykle to ona przestaje istnieć, nie ty, i tylko w niezwykle rzadkich wypadkach (bo ona więcej zarabia, bo ona w ogóle coś zarabia) pada na ciebie.

            Lądujesz na bocznicy. Pod względem umysłowym osiadasz na mieliźnie higieniczno-toaletowej. Na pełny etat zajmujesz się nadzorowaniem czyjegoś układu pokarmowego – później jeszcze i innych układów, ale ten jeden zawsze przeważa – i powoli sam stajesz się układem pokarmowym. Co zje, gdzie wydali, co ja zjem, co ona zje. Proste przełożenie. Następny słoiczek prościej będzie od razu wrzucić do sedesu.

            Zaczynasz też pełnić funkcję termostatu. Czy nie za zimno, czy nie za ciepło? Zdjąć, założyć, odpiąć, zapiąć, rozwiązać, zawiązać – zapasowy komplet garderoby w plecaku. I nagle tobie też jest zawsze za zimno albo za ciepło, to ty nie potrafisz się ubrać, chociaż jeszcze dwa, trzy lata temu zawsze było w sam raz.

            Bez końca te dramatyczne wybory. Banan czy jogurt? Tenisówki czy sandałki? A na koniec dnia pytanie naczelne: co zrobić z tą wolnością, jak najlepiej zainwestować swój ograniczony przydział? Dwie, trzy godziny – i same alternatywy, żadnych koniunkcji. Poczytać albo obejrzeć, wyjść albo się wyspać, poćwiczyć albo zjeść. Albo porozmawiać – ale tego się nigdy nie wybiera, bo to jest strata troskliwie rozdzielanego czasu antenowego, aby obie osoby robiły naraz to samo. I stąd się to bierze, o to właśnie chodzi, wcale nie o seks, bo seks to się jeszcze czasem gdzieś wciśnie – ale żeby pogadać, zwłaszcza żebyś ty mówił, żebyś jej coś opowiedział, nie czując przy tym, jak jesteś żałosny – no to tego w domu nie masz. To masz koło piaskownicy.

            To tam jest twoje niepodzielne królestwo. Spełniło się twoje stare onanistyczne marzenie: jesteś jedynym mężczyzną w wieku produkcyjnym, który ocalał z katastrofy nuklearnej. Czasami trafi się jakiś dziadek, ale ojciec nigdy. Babć jest sporo, ale generalnie aż po horyzont rozciągają się całe stada matek. Zwykle się te matki grupują w jakieś gromady, ale są też takie, które siedzą same z boku, które nie są ani wystawcami, ani klientami na tej żałosnej giełdzie dobrych rad. One są zwykle trochę mniej zaniedbane i trochę bardziej sfrustrowane – one się na to wszystko jakoś nie w pełni zgadzają. Ty się przysiadasz, ty wrzucasz program „Ironia i dystans” – na co to nam przyszło – a reszta dzieje się w zasadzie sama. Następnego dnia ona nie jest już w dresie, a dzieci się bardzo zaprzyjaźniły, niech rozwijają zdolności społeczne.

            I nagle stwierdzasz, że wszystkie sfery życia masz kompletnie zwiędnięte, ale ta jedna kwitnie jak nigdy dotąd. Nagle znowu jesteś Casanovą stołówki studenckiej, nagle przekonujesz się, że dwulatek pozwolił ci zyskać powszechną odruchową sympatię. Bo dziecko służy mężczyźnie, zmiękcza wizerunek i zarazem go wyostrza. Stajesz się bardziej męski, a zarazem nieco bardziej przystępny. Dzikus familiarny, bestia udomowiona, testosteron w stylowej ampułce.

            Kobiecie z kolei dziecko nie służy ani trochę – taki to piaskownicowy paradoks. Jej wizerunek nie mięknie, ale całkiem rozmięka. One wszystkie całkiem się rozlatują, nagle wychodzi na wierzch całe życiowe niedopieszczenie, nagle są skłonne pobiec za tobą w zamian za byle ochłap. Teraz czują się wybitnie nieatrakcyjnie (choć w rzeczywistości są pewnie dokładnie tak samo nieatrakcyjne jak przed ciążą, jak przed naszą erą). No bo poziom jest, owszem, przeciętny, ale nieraz jednak przeciętny z plusem, a tobie to już zdecydowanie wystarcza, bo mimo fasadowych różnic wizerunkowych mechanizmy są takie same – ty też masz rozmaite rozstępy do pokazania, czy raczej do niepokazania.

            Królujesz więc tak sobie na placach zabaw od marca do października, a później impreza przenosi się pod dach i taką na przykład mamę Zosi (bo w tych kręgach zawsze jest się czyjąś mamą albo tatą, a prywatnych imion używa się o wiele później, jeśli w ogóle) poznajesz w damskiej toalecie, bo w męskiej nie ma przewijaków ani nakładek na sedes. Rzucasz jakiś żenujący tekst („panie przodem” na przykład, niby że do Zosi) i pożyczasz jej chusteczki nawilżane. Albo od niej pożyczasz – jeszcze lepszy efekt.

  • Zsynchronizujmy drzemki – mówisz kilka tygodni później, a ona się łatwo i bezproblemowo zgadza, bo seks stał się w międzyczasie jeszcze jedną czynnością toaletowo-higieniczną do sprawnego zorganizowania i przeprowadzenia (chusteczki nawilżane bardzo się przydają).

    Ona się zgadza (i faktycznie dręczy to swoje dziecko, przestawiając mu drzemkę), chociaż jeszcze dwa, trzy lata temu nigdy by się nie zgodziła. Nigdy by się nie zgodziła, gdyby nie miała dziecka, a przede wszystkim  gdybyś ty nie miał dziecka, bo w końcu jesteś obcym facetem z parku, ale teraz jesteś również tatą galimima, więc raczej jej nie zadźgasz nożem i przyjdziesz może bez kwiatów i bez wina, ale za to z chusteczkami. A ona jest mamą Zosi oraz w domyśle żoną taty Zosi, więc nie będzie do ciebie wydzwaniać po siedemnastej ani nie będzie chciała spędzać z tobą świąt. Ani mieć dzieci.

            Wszystko opiera się na równowadze, czyli jak mąż ją rzuci, to ty też ją natychmiast rzucasz. Prosimy nie płakać. Tyle twojego, wiecznie to nie potrwa. A dziecko też ma korzyść, bo przynajmniej czasem zobaczy jakiegoś mężczyznę przed siedemnastą. Trzeba mieć wzorce osobowe.

     

    * * *

     

  • Przestań – mówię. – Nie tutaj.

  • Spokojnie. Nie widzą, stoją tyłem.

    Kończy się sezon. Sierpniowe resztki. Od września do przedszkola. Zosia najwcześniej za rok, może za dwa lata. Współczuję wszystkim zainteresowanym.

  • A jak się odwrócą? – pytam.

  • No to rzeczywiście tragedia. Pomoże mamie wypełnić papiery rozwodowe.

  • Rozumie więcej niż myślisz.

  • Nawet gdyby zobaczył, to i tak nie zapamięta. Czytałam, że pierwsze wspomnienia ma się najwcześniej z czwartego, piątego roku życia.

  • No to może za dwadzieścia lat nie będzie tego pamiętał, ale za trzy godziny jednak będzie!

  • Co ty taki dzisiaj do niczego?

  • A czego się spodziewałaś? – pytam. – Mam cię tu oprzeć o huśtawkę i wydymać?

  • No, z tego, co sobie przypominam, raz prawie tak się to skończyło.

    Prawie tak było, faktycznie. Ale to była jednak inna epoka – wózki i drzemki. Zosia nadal ma drzemkę. Zdesynchronizowaliśmy się.

  • Gdzie on tam wlazł? – mówię.

  • Tyranozaurze! – krzyczy. – Zdejmij mnie!

    Podbiegam do niego, wyciągam ręce, ściągam go z tych drabinek – i wtedy mi się przypomina. Miesza mi się to trochę, nie wiem, co było wcześniej, a co później, nie wiem, co naprawdę sobie przypominam, a co jedynie doklejam.

    Mam ze trzy lata. Jestem na takich samych drabinkach – czyli jednak z drabinkami też wiąże mi się jakieś traumatyczne wspomnienie. Krzyczę coś. („Zdejmij mnie?” – to pewnie wstawiam teraz). Matka jest gdzieś daleko. Matka jest wściekła – ale czy już teraz, czy dopiero potem? Biegnie do mnie jakiś obcy mężczyzna. To z pewnością nie jest mój ojciec, bo ma wąsy. Ma wąsy i szeroki, nienaturalny uśmiech, wygląda jak George Harrison na okładce „Let it Be”.(Matka zawsze mówiła, że z całej czwórki George najbardziej przystojny). Wyciąga do mnie ręce. Przytula mnie? Głaszcze? Całuje? Matka odkleja się od tła i pędzi w naszą stronę. Jest wyraźnie wściekła – nie wiem, na mnie, czy na niego.

  • Synku, syneczku mój – mówi Harrison (prawie na pewno).

     

    * * *

     

  • Słuchaj, galimimie, nie musimy mówić stegozaurowi, że znowu spotkaliśmy triceratopsa i pterodaktyla, dobrze?

  • To będzie nasza mała tajemnica – mówię (dosłownie). – Zgoda?

  • Może jutro pójdziemy na jakiś inny plac, co?

  • Najlepiej po prostu o nich zapomnijmy.

Read more from the February 2017 issue
Like what you read? Help WWB bring you the best new writing from around the world.